Bieganie!

11.10.2016

Może Was to zdziwi bo wydawałoby się, że jest tyle ciekawych i godnych opisania codziennych zdarzeń i wydarzeń na obcej ziemi

a nie takie zwykłe, przyziemne bieganie – a jednak.

Otóż w obecnych czasach kultu ciała, religii fitnessu i dążeniu do perfekcji w wyglądzie – czego nie neguję – Boże broń – pochwalam i stosuję ale bez przesady – muszę przyznać, że nienawidzę biegania.  Po prostu nie znoszę.

Nigdy nie rozumiałam osób, które bieganiem się zachwycają, trenują, biorą udział w biegach zorganizowanych – no jednym słowem – KOGO I DLACZEGO JARA BIEGANIE?!?

Tu – we Francji- wszystkich.

O każdej porze dnia i nocy- no nocy raczej chyba nie – ale około 22.00 to na pewno tak, w każdym miejscu miasta ktoś biega.

Stary, młody, ładny, brzydki, w markowych ciuchach i ubraniach normalnych (nie mówię o garniturze), szybko czy wolno – ktoś biega. Biega nawet jak pada deszcz. Ba! Leje!

Przez pierwsze tygodnie byl to dla mnie lekki szok, bo nie dosyć, że wszyscy jeżdżą na rowerach to wszyscy biegają.

Mam wrażenie, że przed południemjeżdzi się na rowerze a po południu sie biega:)

W porządku – odezwie się adwokat diabła- w Polsce tez się biega i to coraz więcej. Jasne – zauważyłam – ale to wydaje sie takie na pokaz – jesteś gość bo biegasz. Nie raz widziałam kilka koleżanek- ładnych pań prosto spod skalpela w ciuchach za milion jak „biegają” rozglądając się tylko jakie robią wrażenie na mijających ich panach. Oczywiście, jest gros osób które bieganie kochają miłością szczerą ale moim zdaniem to zdecydowana mniejszość.

Tu bieganie wydaje się być wyssane z mlekiem matki. Jest takie naturalne.

I tak sie napatrzyłam na biegających o różnych porach dnia, że – o zgrozo!- zaczęłam im zazdrościć. Że mają taką pasję, takie zacięcie, że pokonują swoje słabości, że – nie bójmy sie tego słowa – chudną! I trenują!

I pewnego dnia założyłam swoje dresy – normalne – bez markowego szału – żeby była jasność- ustawiłam w telefonie odpowiednią aplikację, która miała mi liczyć ile kilometrów, ile kalorii i ile wszystkiego i…poszła…

Kryzys nadszedł po dziesięciu krokach.

Nienawidze biegać – to miałam w głowie cały czas. Ale biegłam. Niezdarnie jak słoń i z prędkością daleką od konkursowych – ale biegłam. I tak się zastanawiałam o czym tu myśleć- bo jak myślisz o tym że biegniesz podczas biegania to masakara. To myślałam o tym co zrobię na obiad – przeleciałam cały tydzień. Kryzys narastał. Potem o tym, że jak dobbiegnę do tamtej ulicy to się zatrzymam na chwilę. Zatrzymałam się, ale mój kryzys był coraz większy. Biegnę dalej. Już prawie padam na twarz i nagle z prędkością strzały i wdziękiem gazeli mija mnie pan. Dwa razy starszy ode mnie. `szlag mnie trafił i taka, taka sportowa zazdrość.

Ale, ale – jeżeli pomyślicie, że nagle zamieniłam sie w boginię biegania i moje kroki i postawa zaczęły przypominać kozicę górską to jesteście w dużym błędzie. Wciąż byłam niezdarnym i powolnym słoniem ale słoniem z zacięciem. Że chcę i mogę. I będę biegać – bo cholera – aż samej przed soba wstyd sie przyznać, ale zaczęło mi sie podobać. Nie tam od razu, że kocham to bieganie i tylko o tym będę teraz myśleć – ale biegam teraz co drugi dzień i – UWAGA! – mąż mnie zapisał na bieg uliczny zorganizowany z numerami i tymi wszystkimi bajerami.

I ja – pierwszy przeciwnik biegania – przebiegłam 5 kilometrów! Bez zatrzymywania się! O rety – jestem z siebie bardzo dumna. Bardzo. Tylko jedno mi sie nie podobało. Nie dawali medali…A tak chciałam dostać ten medal!No, ale za jedno z ostatnich miejsc się nie należy;) Dostanę następnym razem. Na razie mam pasję i numer startowy! HURA!

KOMENTARZE

ZOSTAW KOMENTARZ

GÓRA