Czerwone latarnie

11.10.2016

 

Podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce pokupowałam sobie wszystkie dostępne babskie gazety i przeczytałam hurtem.

Ogłupiło mnie. I to bardzo.  Ale postanowiłam zastosować się do jednej rady, którą sugerują wszystkie trenerki, psycholożki, coache i wyznawcy sama już nie wiem czego – mianowicie wyszłam ze swojej strefy komfortu.

Czyli – nie przepadając za podróżami zgodziłam się ochoczo na propozycję męża, aby pojechać doAmsterdamu.

Po raz pierwszy chciałam przygotować się solidnie do wizyty w obcym miejscu i kupiłam przewodnik po mieście.

Nie ukrywam zaciekawiła mnie Dzielnica Czerwonych Latarni i jak już dojechaliśmy do Amsterdamu pobiegłam tam od razu.

Z dwójka dzieci i mężem.  Mistrzostwo świata.  Kura domowa, matka dzieciom i żona mężowi – jak głupia do Wiadomo Jakiej Dzielnicy.  A tam – dupa.  Metaforyczna, bo tych prawdziwych i wyuzdanych jakie miałam dziką nadzieję zobaczyć nie było.

Pewnie spały i odpoczywały, bo szukałam ich około południa.  Albo patrzeć nie umiałam, bo z równie rozbieganym spojrzeniem rozglądałam się za surowym śledziem w bułce – ale tego znalazłam. Pyszny.

Ale po kolei, bo za bardzo się rozpędziłam.

Wjechaliśmy do Holandii i od razu pokochałam ten kraj.  Od pierwszej krowy na zieleńszej niż wszędzie indziej trawie i pierwszej stacji benzynowej, gdzie rzuciłam się na ciekawie wyglądające kiełbaski.  No i w tej Holandii wszyscy mówią po angielsku!

Po bardzo francuskiej Francji to był dla mnie szok.

Ale wracam do Amsterdamu.  Piękne miasto.  Mówię o architekturze, bo ilość ludzi tam chodzących, siedzących, zwiedzających, oglądających, jedzących i jeżdżących na rowerach przeraziła mnie.

Serio.

Ja wiem, że ktoś może mi zarzucić porównywanie Strasbourga do Amsterdamu – że to jak wieś do miasta, ale ten dziki tłum wpędził mnie w jakieś lęki.

I rowery!!!!  Kocham te rowery i fakt, że w mieście są ścieżki rowerowe i że można sobie jeżdzić i tak dalej, ale rowerzyści w tej Holandii to jakiś horror!  Jeżdżą jak chcą i gdzie chcą, co chwilę trąbią i dzwonią…ech – czy zaczynam narzekać jak zgorzkniała baba?  Podkreślam – ja też jeżdżę na rowerze!  Ale kulturalnie;)

No i wszędzie unoszący się charakterystyczny, słodki zapach pewnego zioła.

Mnie to tam akurat nie jara i nie wpędza w stan ekstazy, ale część dzikiego tłumu była zachwycona możliwością zakupienia i zapalenia w środku miasta i na legalu.  Skutki było widać gołym okiem.  Przodowali w tym niestety nasi rodacy.

Zresztą bardzo dużo Polaków w tym Amsterdamie.  Co chwilę na ulicy słychać było nasz ojczysty język. 

W Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds też – pewna pani rzuciła radosną kurwą jak zobaczyła woskowego Brada Pitta.  Ja tam aż tak zachwycona nim nie byłam.  Ok, zrobiłam sobie z nim zdjęcie, ale do Angeliny to nawet nie podeszłam.

I znowu będę marudzić, bo mnie to muzeum to dupy nie urwało.  Fajne – ok, ale jakieś takie małe i tych figur niezbyt dużo.

Czy coś mi się zatem podobało w Amsterdamie?

Tak!

Miasto ogólnie piękne.  I te kanały!  I na kanałach tyle łódek, łodzi, motorówek – o tym , że każda pływa jak chce nie wspomnę, bo własnie postanowiłam nie narzekać:)

I frytki mają pyszne.  Słyną przecież z frytek.  I miliona sosów, z którymi je podają.  Z keczupem nie – dla nich to podobno profanacja – frytki z keczupem.  Fu

Tyle o Amsterdamie.  Było super:)

Jutro znowu zamierzam wyjść poza moją strefę komfortu. Tym razem Lazurowe Wybrzeże:)

 

KOMENTARZE

ZOSTAW KOMENTARZ

GÓRA