Fryzjer

20.10.2016

Pewnie moja opowieść wywoła uśmiech na niektórych twarzach, ale dla mnie to był duży problem  i nie lada wyzwanie.

 

Mianowicie – pierwsza wizyta u fryzjera.  I to fryzjera za granicą. We Francji – gdzie każdy, ale to każdy – czy fryzjer, czy szewc, czy kucharz uważa się za najlepszego specjalistę, artystę w swoim fachu.  I broń Boże narzucić mu swój pomysł czy sugestię.

 

Z taką wiedzą i znajomością języka francuskiego raczej odbiegającą od zadowalającej udałam się do fryzjera.

Dziecięcego – żeby była jasność.

 

Pierwsze ścinanie włosków mojego synka znanego w bliskich kręgach jako małe ADHD.

Żywe srebro- powiedzieliby inni, robaki w tyłku, nie może usiedzieć – wszystko co znacie na temat wiercącego się dwu i pół latka – to mój Kuba. I weź tu idź z takim do fryzjera.  Strach.  I dogadaj się po francusku.

 

Cała w nerwach poszłam do najbliższego salonu, zakładu i …spotkałam Monsieur Fryzjer.

Oszalałam.

Pan bardzo dystyngowany, bardzo kulturalny, wystylizowany jak na francuskiego fryzjera przystało.

Ideał w swoim fachu.

Dogadałam się najpierw w sprawie terminu – bo tak z ulicy to we Francji nie wejdziesz nigdzie – więc po kilkuminutowej rozmowie francusko – angielskiej ustaliliśmy, że za tydzień miał nastąpić ten dzień.

 

Zastanawiałam się co wziąć ze sobą, żeby małego zainteresować – książeczkę, klocki, puzzle – żeby tylko siedział spokojnie chociaż przez 4 minuty…

Tydzień minął szybko, z duszą na ramieniu weszliśmy do fryzjera – a mój synek chce wyjść jeszcze szybciej niż wszedł.

Norma. Ja już w stresie.

Monsieur z wielkim spokojem ścina włosy pięknej, starszej pani a ja już zaczynam wymyślać co tu zrobić, żeby przyspieszyć proces przejęcia synka przez pana Fryzjera.

Żeby było jak najszybciej i bezboleśnie

 

I wtedy Pan Fryzjer mówi do mnie, że jak pójdę w głąb salonu i potem skręcę w prawo to tam jest sala dla dzieci i tam mam poczekać.

Podziękowałam Panu Bogu w głębi duszy, że Francuzi tak kochają dzieci i mają nawet salkę do czekania dla najmłodszych ALE…to co zobaczyłam przeszło moje oczekiwania.

Salka była rajem dla dzieciaków.

 

To właśnie tam odbywało się obcinanie, przycinanie, czesanie, mycie i suszenie.

Wszystko dopasowane do dzieci – telewizory z bajkami. Stanowisko z grą dla starszych. Auto do którego się wchodzi, odchyla główkę i …hops – jest myjka do włosów. Aha! I dziecko nie siedzi na krzesełku tylko na przykład na wielkim króliku który żywcem przeniesiony jest z karuzeli.

 

 

Ja – stara baba zwariowałam – a co dopiero mówić o moim synku.

Obcięcie włosów było chyba bardzo przyjemną czynnością bo przez 10 minut nie drgnął. Przeżyłam szok.

 

 

 

I z „nowym” – jeszcze piękniejszym synkiem – w znakomitych nastrojach wróciliśmy do domu.

 

Kolejny problem za granica pokonany.

 

KOMENTARZE

  • Ania

    Wow. Solonik dziecięcy robi wrazenie ! A ja z moim kochanym dwulatkiem cieszę się ze gdy u naszego fryzjera Mieszko dostanie ksiąźeczkę…

    • Marzena Sienkiewicz
      Marzena Sienkiewicz

      Niestety Kubuś nie jest zainteresowany niczym nawet w takim fajnym saloniku dla dzieci.
      Nie lubi chodzić do fryzjera i bardzo dobitnie to pokazuje:)

ZOSTAW KOMENTARZ

GÓRA