Marceli Szpak zwiedza świat

19.04.2017

Ze mną to chyba jest coś nie tak.

 

Nie jestem zwierzęciem podróżniczym ale jak siedzę długo w domu – w jednym miejscu to zaczyna mnie nosić.

 

To chyba sprawa telewizji – a właściwie częstych wyjazdów w celu zapowiadania pogody z najdziwniejszych miejsc.

 

Kiedyś to się nawet zastanawiałam czy wydawcy organizują sobie jakieś wewnętrzne konkursy na wymyślanie coraz oryginalniejszych miejsc do których mogą wysłać Sienkiewicz z mapą pogody. Organizowaliście?:)

 

Ale wracając do tematu – po trochę spokojniejszym podróżniczo okresie znowu zaczęłam sobie myśleć, że dawno gdzieś mnie nie było.

 

I wymyśliliśmy z mężem, że może pojedziemy do Genui. Włochy, Italiano, pizza, makarony, szał.

 

Jako że ja jestem wiecznie na diecie i wiecznie myślę o jedzeniu ochoczo przystałam na ten pomysł.

 

Już widziałam siebie przy stercie makaronu z kieliszkiem wina – albo i nawet cała butelką. A co tam. Włochy – tam się żyje…

 

Zaplanowaliśmy trasę, zapakowaliśmy auto i hejże – jedziemy – tak – dzieci też zapakowaliśmy

 

Dlaczego nie samolotem? Bo ja się boję latać a poza tym mam jakiś taki komfort psychiczny wiedząc, że w aucie mam wszystko blisko siebie.

 

Taki ruchomy domek. Czasem sobie myślę, że to takie natręctwo – jak miał detektyw Monk. Właściwie to  zupełnie inne ale coś w tym stylu.

 

Przecież wiecie o czym mówię;)

 

Zapakowani wyruszyliśmy bladym świtem o 10.00 ku przygodzie.

 

Trasa – ze Strasbourga do granicy- do Szwajcarii – potem Włochy. Jakieś 600 km.

 

Pykniemy w 6- 7 godzin z postojami na zatankowanie, jedzenie, siku i takie tam.

 

O Panie Boże…gdybym tylko wiedziała….

 

Granica. Wjeżdżamy do Szwajcarii.

Dzień dobry – Good morning – Guten Tag – pan na granicy bardzo miły, uśmiechnięty- gotowy do przyjęcia kasy.

 

Nie żartuję – 40 euro trzeba zapłacić za winiety, żeby poruszać się legalnie autostradami po tym pięknym kraju.

 

Miałam taki pomysł z cyklu heheszki – czy gdy przyznam się panu, że mam kredyt we frankach to z litości nad moją głupotą podaruje nam tę opłatę i pozwoli jechać za darmo ale jakoś nie przeszło mi to przez gardło;)

 

Jesteśmy, jedziemy.

 

Jest pięknie. Trawa zielona, równo przystrzyżona nawet tam gdzie nie spodziewałabym się tak skoszonej trawy. Ciekawe jakim cudem dostał się tam pan/pani z kosiarką – w tak niedostępne miejsca..Hmm..

 

Są i krowy. Brązowe. Jakaś część mojej  podświadomości wypatrywała fioletowych z wiadomo jakim napisem ale moja córka – jak się okazuje, która wie wszystko- powiedziała mi, że w szkole pani nauczycielka powiedziała im, że ta firma z czekoladą od fioletowej krowy to wcale nie jest ze Szwajcarii tylko z Niemiec.

 

Mój świat runął.

 

To prawie tak jak wtedy gdy dowiedziałam się że Modern Talking wcale nie byli z Anglii tylko też byli synami niemieckiej ziemi.

 

Ale nie poddaję się.

Jedziemy dalej.

Piękne góry. Dookoła nas przyroda zaczęła pokazywać swoją potęgę. Ależ człowiek czuje się mały w tym swoim śmiesznym autku w obliczu gór.

 

Pięknych, wysokich, dotykających prawie nieba i zasłoniętych częściowo przez chmury. Jest respekt. Ogromny.

 

I tak przedzieramy się otoczeni wspaniałymi widokami pokonując kolejne tunele.

 

Szwajcarzy to jednak musieli się mocno napracować przy tych swoich górach drążąc te tunele. Co chwilę tunel w górze. Krótszy, dłuższy, ładny, ładniejszy, oświetlony i nie oświetlony. Może im też pomagali kosmici – tak jak w Egipcie przy piramidach. Hmm..?

 

O rety – myślę sobie – ale super te tunele.

Nagle mąż mój mówi, że była informacja że przed San Gotthard – to najdłuższy na tej trasie tunel który ma 17 km (17 km w górze!!! Masakra – klaustrofobia pełną gębą) jest korek na dwie i pół godziny.

 

Pomyślałam sobie, że to chyba jakiś żart.

 

Jak można stać tak długo w korku na dwupasmowej autostradzie kiedy tak świetnie się jedzie!

 

Mąż z praktycznym, męskim podejściem zaczął szukać trasy alternatywnej a ja z typowo optymistycznym nastawieniem  doradziłam, żebyśmy jechali po bożemu – przecież zanim tam – do tego tunelu dojedziemy a mamy do niego jeszcze 70 km to ten korek zdąży się trzy razy rozładować.

 

I w tym momencie stanęliśmy. Na cztery godziny.

Cztery godziny!!!! 70 km w cztery  godziny!!! W cywilizowanym kraju!!! W Szwajcarii!!!

 

To było dla mnie nie do pomyślenia.

 

Ale przypomniałam sobie, że w newralgicznych momentach historii – typu wakacje, długi wolny weekend, święta nie tylko my ruszamy w trasę.

 

Jak się okazuje pół Europy też.

 

Całe szczęście, że zrobiłam kanapki na drogę bo chyba padlibyśmy z głodu w tym korku. No dobra – mieliśmy jedną i to dla Kuby- ale dało radę;)

 

Po czterech godzinach dowlekliśmy się do tego San Gotthard i 17 km pod ziemią.

 

Dziwne uczucie. W sumie udawałam, że mnie nie rusza ale było dziwnie.

 

Potem juz tylko znowu góry, znowu śnieg na szczytach i znowu piękne widoki.

 

I nagle- ITALIA! Buongiorno!

 

Makarony!!! Pizza!!! Prosecco!!! Kocham, kocham!!!

 

Do Genui dojechaliśmy o 22.00.

 

600 km w dwanaście godzin – mistrzostwo świata!

 

Ale przecież życie we Włoszech – myślę sobie – zaczyna się po 22.00!

 

Szybko do hotelu, dzieci umyjcie rączki i na miasto. Wino, pasta, tu się żyje!!!

 

Rano – zatrucie pokarmowe

Ciąg dalszy nastąpi

 

KOMENTARZE

  • Ania

    Pani Marzeno a ja od 2 lat zastanawiam się co się z Panią stało. Czyźby zapadła się Pani pod ziemię? Dopiero dzisiaj oglądając Pnś coś mnie tknęło i wygooglowałam Pani nazwisko a tu szok. Jest Pani za granicą. I muszę powiedzieć źe to ogromna strata źe nie opowiada juz nam Pani o pogodzie w tak barwny piękny sposób źe nawet jak padało wiało i było ponuro to jednak Pani uśmiech rekompensował wszystko i łatwiej było wyjść z domu. Fajny blog będę tu zaglądać regularnie. Proszę o wpisy oraz zýczę duźo usmiechu i optymizmu na co dzień. Wszystkiego dobrego dla Pani i całej rodzinki. Proszę teź kiedys wrócić do nad i do tv! Pozdrowienia

    • Marzena Sienkiewicz
      Marzena Sienkiewicz

      Dzień dobry Pani Aniu,
      ależ miłe słowa z samego prawie rana:)
      Pozdrawiam serdecznie!

  • Ania

    Pani Marzeno przeczytałam juź prawie wszystkie wpisy i dotarłam do ostatniego czyli pierwszego! Ach i juz rozumiem ze nie chce Pani tej tv, o tej pogodzie itp. itd. i rozumiem to. Niemniej jednak myśle ze pogodynką była Pani najlepszą w naszym kraju no i nich tak zostanie. Pozdr.

    • Marzena Sienkiewicz
      Marzena Sienkiewicz

      Pani Aniu!
      Dziękuję jeszcze raz:)

ZOSTAW KOMENTARZ

GÓRA