Wakacje z Vacansoleil ciąg dalszy

17.04.2018

Podejrzewam, że każdy ma wyśniony, wymarzony i ulubiony pomysł na spędzenie wakacji.

 

Mój znajomy kilka dobrych miesięcy przed planowanym wypoczynkiem obmyslał, obliczał, kombinował, szalał w internecie żeby znaleźć jak najwięcej przesiadek – samolot, kolej, tramwaj, metro, paralotnia, osiołek aby w końcu trafić do celu swojej podróży.

Na miejscu spędzał góra dwa dni – po czym wracał do domu. Oczywiście innymi dróżkami ale z pewnoscią nie mniej skomplikowanymi.

Ot – taki rodzaj wypoczynku. Podobno go to relaksowało.

 

Przez kilka lat ja też miałam swój ulubiony rodzaj spędzania czasu na wakacjach. Nic, dosłownie nic i nikt nie potrafił zmienić mojego przyzwyczajenia.

Jakiego? Otóż moim ulubionym sposobem spędzania czasu było robienie niczego.

Leżeć na plaży i robić nic. Prawdę mówiąc po całym dniu spędzonym na robieniu niczego w pełnym słońcu byłam bardziej zmęczona niż po przerzuceniu tony węgla ale taki wtedy miałam czas.

 

Zmieniło mi się kilka lat temu. Dokładnie mówiąc po pierwszym wyjeździe na kemping z Vacansoleil.

Z ekipią „Pytania na Śniadanie” realizowaliśmy cykl reportaży o kempingach właśnie. Wtedy otworzyły mi się oczy ile rzeczy w swoim robieniu niczego przegapiłam. I jakie to przyjemne odkrywanie miejsc, ulic, zamków, ciekawych knajp i ludzi, których właściwie masz pod nosem.

I wtedy się zaczęło. Jak już wyszłam z mojej strefy komfortu to na całego.

Teraz ja przed każdym naszym, rodzinnym wyjazdem spędzam czas z nosem w przewodnikach i w internecie. Tak też było i w ostatnie wakacje.

Wyruszyliśmy na południe Francji. Nie – nie na Lazurowe Wybrzeże- które chyba od razu przychodzi na myśl wywołując południe Francji😉

Tym razem naszym celem była Langwedocja. Konkretnie kemping w Marseillan Plage.

Jak się okazało idealna baza wypadowa żeby zwiedzić całe południowe wybrzeże a i kilka miejsc w głębi lądu.

 

Langwedocja to region znajdujący się na srodkowym wybrzeżu. Często nazywany jest Midi – co oznacza słońce stojące w zenicie bo właśnie słońce i błękitne niebo określiły styl życia w Langwedocji. Dodajmy do tego wspaniałe, regionalne jedzenie – mule, ostrygi, miód, jagnięcina, sery kozie, pasztety i niezrównane sródziemnomorskie wina z tego największego regionu winiarskiego na swiecie – i mamy idealne miejsce dla smakoszy ale i dla miłośników pięknych miejsc obfitujących w restauracyjki na starówkach nadbrzeżnych miejscowości.

 

Zwiedzanie regionu zaczęliśmy od miasteczka Sete, które położone jest dosłownie kilka kilometrów od naszego kempingu Les Mediterranes Beach Garden.

Po drodze trafiliśmy na – nawet sama nie wiem jak nazwać ten „sklep”? Warzywniak? Na powietrzu – przykryty strzechą, żeby słońce nie paliło – raj dla miłośników owoców …i czosnku.

Arbuzy, czeresnie, pomarańcze, cytryny…no szał. Kupiłam dwa wielkie arbuzy. Nie mam zielonego pojęcia po co aż dwa prawie pięciokilowe arbuzy, ale kupiłam.

I czosnek….

Myślałam, że Sete to będzie jakie niewielkie miasteczko przycupnięte nad morzem ale jakże miło się zdziwiłam!

Duże, piękne miasto ze wspaniałym wybrzeżem i latarnią morską. To miasto kanałów, poprzecinanych mostami, kolorowych domów w oknach których pysznią się imponujące kwiaty. I niezliczona ilość knajp, kawiarni, placów i deptaków. Fantastyczne miejsce. W sierpniu odbywają się tu turnieje wodne.

My byliśmy na początku lipca ale już widać było przygotowanie do tego wydarzenia. No i jadłam tam jedne z lepszych krewetek ever.

 

Jestem wierną fanką Instagrama- w ulubionych mam kilka trenerek fitnessu, kilku trenerów😉, moje dziecko -przecież muszę wiedzieć co zamieszcza w internecie i zdjęcia miast.

Mam lekka obsesję na punkcie kamienic, rynków i fontann. Przez jaki czas co chwilę pokazywały mi się zdjęcia z Montpellier.

Jakież zaskoczenie, że Montpellier właśnie jest stolicą regionu w którym byliśmy! Dokładnie 55 km od naszego kempingu.

Tutaj mała uwaga dla użytkowników nawigacji – nie pokazuje nowej autostrady – a raczej nowego zjazdu na Montpellier i trzeba być czujnym- my nadrobiliśmy dodatkowe 40 km…Ale nasza nawigacja to złośliwe stworzenie i mimio prósb była po prostu niemiła czasami.

 

Te 40 dodatkowych kilometrów wynagrodziło nam miasto. Jestem kompletnie, niepoprawnie i szaleńczo zakochana w Montpellier.

Miasto z historią a jednocześnie nowoczesne, akademickie – to tu medycynę studiował Nostradamus. Eleganckie rezydencje, wspaniałe, ogromne ogrody właściwie w centrum miasta, fascynujący ludzie, kolorowy tłum na ulicach i deptakach. Tego nie da się opisać.

I jeden z głównych symboli miasta – Fontanna Trzech Gracji.

Warto wspomnieć, że w Montpellier znajduje się jeden z najstarszych ogrodów botanicznych we Francji – założony w 1593 roku – Jardin des Plantes.

 

I mój absolutnie, nieobiektywnie uznany za najlepszy kierunek – hit- Perpignan😉 To już trochę dalsza wycieczka – bo 155 km od naszego kempingu.

Wycieczka w zupełnie inną stronę niż Montpellier – bo w stronę Hiszpanii i tę Hiszpanię w Perpignan i niedalekim, moim ukochanym Canet-en- Roussillon widać, słychać i czuć.

Moja miłość do tych rejonów rozpoczęła się dokładnie rok temu, na kempingu Mar Estang, gdzie tez spędzalismy wakacje z Vacansoleil. Canet-en -Rousillon to niewielka miejscowość gdzie całe życie skoncentrowane jest wzdłuż wybrzeża.

Najpierw morze, potem w głąb lądu plaża, promenada z całym łańcuszkiem restauracji, kawiarni, nalesnikarnii i miejsc gdzie można napić się wyśmienitego wina. To tu jadłam najlepsze ryby na wybrzeżu. Nawet spróbowałam ostryg a na to nie było łatwo mnie namówić.

Jeżeli ktoś ma ochotę – mam namiar na najlepszą knajpę w mieście😉

 

Tak wyglądały nasze dalsze wycieczki. Jednak jeżeli ktoś nie ma ochoty zapuszczać się aż tak daleko to tuż przy kempingu są też wspaniałe miejsca!

Stadnina koni -można uczyć się jazdy konnej a w dzieciach zaszczepić miłość do koni – zaczynając od miłosci do kucyków.

Bardzo blisko – można nawet pokusić się o spacer jest Marseillan Plage. Malutkie miasteczko z pięknym parkiem gdzie po południu miejscowi mieszkańcy grają w bule.

Do dzisiaj nie jestem w stanie zroumiec zasad tej gry, ale w bule we Francji grają prawie wszyscy i prawie wszędzie.

Ok – ja tez mam te bule.

Synek kazał kupić😉

KOMENTARZE

ZOSTAW KOMENTARZ

GÓRA